Jak jeździ Ferrari Purosangue: pierwsze wrażenia z testu SUV‑a, który nie chce być SUV‑em

0
130
Rate this post

Z tego artykułu dowiesz się…

Purosangue – czym właściwie jest ten „nie‑SUV”?

Segment, który niby nie istnieje, ale klienci już w kolejce

Ferrari Purosangue to samochód, którego oficjalnie „nie ma” – bo sama marka robi wszystko, by nie nazywać go SUV‑em. W praktyce to czterodrzwiowe, czteromiejscowe Ferrari z wolnossącym silnikiem V12, wyższym prześwitem i napędem na cztery koła. Z zewnątrz ma proporcje podniesionego GT, a nie typowego, pudełkowatego SUV‑a. Z punktu widzenia homologacji i zdrowego rozsądku – to jednak wciąż auto z segmentu, który klienci określą jednym słowem: „SUV”.

Klucz tkwi w filozofii. Purosangue jest od początku projektowany jak samochód sportowo‑turystyczny (GT) z dodatkowymi centymetrami prześwitu, a nie jak wysoki, rodzinny crossover, któremu później „dorzuca się” szybki silnik. Podstawą jest nisko położony silnik, centralna pozycja kabiny i skrzynia biegów przy tylnej osi, co daje klasyczny układ transaxle znany z rasowych Ferrari GT. W większości SUV‑ów premium architektura jest dokładnie odwrotna: wysoki przód, duży silnik nad osią, skrzynia przy silniku, a z tyłu dyferencjał. Purosangue robi to „po ferrariowemu”, tylko nadwozie ma odrobinę bardziej „podniesione”.

Mit brzmi: „To tylko kolejny modny SUV za miliony, jak Urus czy Cayenne Turbo GT, tylko z innym znaczkiem”. Rzeczywistość: konstrukcyjnie bliżej mu do przerośniętego, praktycznego coupé w stylu GTC4Lusso niż do klasycznego SUV‑a. Inne są proporcje, punkt ciężkości, geometria zawieszenia, rozkład masy i sposób, w jaki auto „siedzi” na drodze. To czuć od pierwszych kilometrów.

Dlaczego Ferrari tak uparcie odcina się od miana SUV‑a

Ferrari wie, że słowo „SUV” w świecie purystów działa jak czerwona płachta na byka. Kojarzy się z ciężarem, kompromisami, rodzinną nudą i modą, która z motoryzacją w tradycyjnym wydaniu ma niewiele wspólnego. Dlatego Purosangue jest komunikowany jako „czteromiejscowe, czterodrzwiowe Ferrari z wyższym prześwitem”, a nie jako SUV. Nie jest to tylko gra marketingowa – stoi za tym parę bardzo konkretnych decyzji technicznych.

Po pierwsze, wysokość nadwozia i pozycja za kierownicą. W typowym SUV‑ie siedzisz jak na stołku barowym, patrząc z góry na innych. W Purosangue fotel ustawiasz wyżej niż w 812 czy Romie, ale nadal jesteś „w” samochodzie, a nie „na nim”. Po drugie, brak trybów terenowych, reduktorów, tandetnych plastikowych osłon „off‑road”. Ten samochód nie udaje, że jest gotów na błotniste pola – ma być mistrzem asfaltu, nawet jeśli asfalt jest pofalowany i pełen dziur.

Po trzecie, sama marka chciała uniknąć pułapki „masowego” modelu. Prezes Ferrari wielokrotnie podkreślał, że Purosangue nie będzie „najpopularniejszym Ferrari na ulicach”, jak to często bywa z SUV‑ami innych marek. Stąd ograniczona produkcja i bardzo jasne pozycjonowanie – to nie jest „pierwsze Ferrari”, to zwykle „trzecie lub czwarte Ferrari w garażu”.

Klient Purosangue: Ferrari na rodzinę, ale bez kompromisu na emocjach

Adresat Purosangue jest dość jasno określony: to ktoś, kto Ferrari zna od lat, ale jego życie zmieniło się na tyle, że dwa miejsca i bagażnik na miękką torbę nie wystarczają. Dzieci, narty, wyjazdy na weekend, częste podróże – realne potrzeby, z którymi klasyczne dwumiejscowe Ferrari radzi sobie słabo. Purosangue ma dać możliwość jeżdżenia „pełnoprawnym Ferrari”, gdy normalnie trzeba by sięgnąć po SUV‑a innej marki.

Typowy scenariusz: w garażu stoi już 812 Superfast lub SF90, może klasyczne 458. Purosangue ma być tym autem, którym rano zawieziesz dzieci do szkoły, pojedziesz na spotkanie w centrum miasta, w piątek wpadniesz do Alp pojeździć na nartach, a w niedzielę przejedziesz ulubiony górski odcinek… z pełnym samochodem pasażerów. Klient chce nadal słuchać V12, czuć precyzję Ferrari na kierownicy, ale jednocześnie mieć pełnowymiarowe tylne fotele i sensowny bagażnik.

Mit: „SUV Ferrari to zdrada DNA marki”. W praktyce to raczej ewolucja: Ferrari zawsze tworzyło samochody GT, którymi można było pojechać daleko i szybko w komfortowych warunkach. Purosangue jedynie dopisuje do tego rozdziału więcej miejsca na tylnej kanapie i odrobinę wyższy prześwit. Esencja pozostała ta sama – emocja ma być pierwsza, użyteczność druga, a nie odwrotnie.

Luksusowy SUV jedzie wiejską drogą wśród jesiennych drzew
Źródło: Pexels | Autor: Trac Vu

Pierwsze spotkanie z Purosangue – design, proporcje, obecność na żywo

Zdjęcia prasowe kontra rzeczywistość na parkingu

Ferrari Purosangue na zdjęciach wydaje się nieco „napompowane”, jakby projektanci na siłę próbowali dodać agresji wysokiemu nadwoziu. Na żywo proporcje układają się w dużo spójniejszą całość. Przód jest długi, ale bardzo nisko narysowany, słupki A mocno pochylone, a linia dachu opada płynnie, jak w dużym coupé. Nie ma wrażenia pudełka na kołach, które powiększono w Photoshopie.

Z boku widać klasyczną sylwetkę GT z przesuniętą ku tyłowi kabiną. Nadkola są mocno wypełnione kołami, a prześwit – choć większy niż w innych Ferrari – nadal jest niższy niż w wielu „zwykłych” SUV‑ach premium. Stojąc obok Purosangue, nie masz wrażenia, że dominuje nad tobą jak ogromny off‑roader. Bardziej przypomina wciągnięte na koturny coupé krążące po Monako niż rodzinny wóz z galerii handlowej.

Ciekawy efekt pojawia się, gdy Purosangue stoi obok klasycznych SUV‑ów: Range Rovera, Cayenne czy dużego BMW X7. Ferrari nagle wydaje się niższe, dłuższe i znacznie bardziej „naprężone”. Linek nadwozia jest dużo więcej, są ostrzejsze, a powierzchnie blach nie są jedynie płaskimi płatami metalu, lecz rzeźbionymi płaszczyznami, które „pracują” w świetle.

Drzwi pod wiatr, aerodynamika i detale, które robią robotę

Jednym z najbardziej charakterystycznych rozwiązań w Ferrari Purosangue są tylne drzwi otwierane „pod wiatr” – czyli w przeciwnym kierunku niż przednie. To nie jest sztuczka dla samego efektu. Dzięki temu słupek B może być bardzo wąski, co ułatwia wchodzenie na tył i pozwala zachować opadającą, coupé‑owatą linię dachu bez uczucia klaustrofobii. Sama mechanika drzwi działa elektrycznie – po naciśnięciu przycisku drzwi otwierają się szerokim kątem, co ułatwia wsiadanie nawet w ciasnym garażu.

Warto zwrócić uwagę na aerodynamiczne „skrzydła” przy przednich nadkolach i wkomponowane w lampy wloty powietrza. Tu nie ma klasycznej bryły ze zwykłymi reflektorami – światła zdają się być częścią kanałów aerodynamicznych. Strugi powietrza kierowane są precyzyjnie na nadkola i boki auta, co poprawia stabilność przy wysokich prędkościach i redukuje siły nośne. To nie są ozdóbki – przy 200 km/h różnica w zachowaniu na prostej i w lekkich łukach jest wyczuwalna.

Tył Purosangue nie boi się masywności – szerokie biodra, charakterystyczne światła i potężny dyfuzor z wydechami rozstawionymi maksymalnie na boki. Całość sprawia wrażenie, jakby auto „siedziało” na drodze. Opadająca linia dachu i mocno pochylona tylna szyba dodatkowo zacierają wrażenie wysokości. Mit, że każde wyższe Ferrari będzie wyglądało topornie, zderza się tu z rzeczywistością – projektantom udało się optycznie ukryć masę.

Jak Purosangue jest odbierane na ulicy

Reakcje przechodniów i innych kierowców są specyficzne: najpierw konsternacja, potem szeroki uśmiech. Z daleka wielu ludzi widzi „jakieś nowe Ferrari” – dopiero z bliska dociera do nich, że ma cztery drzwi i wyższy prześwit. Na tle Lamborghini Urusa czy Aston Martina DBX, Purosangue wydaje się bardziej subtelne i eleganckie, choć absolutnie nie brakuje mu obecności. To ten typ auta, który przyciąga uwagę bardziej kształtem niż krzykliwymi dodatkami.

Na parkingu centrum miasta auto często staje się punktem odniesienia. Gołym okiem widać, że jest niższe od większości SUV‑ów i crossoverów, a jednocześnie wyraźnie szersze. W lusterku kierowcy „zwykłego” samochodu pojawia się raczej agresywny front GT niż wysoka ściana SUV‑a. To nie jest poczucie, że jedzie za tobą „cysterna” – to raczej wrażenie, że za plecami pojawił się samochód z toru, tylko jakby nieco „napompowany”.

W mieście reakcje przechodniów są mieszanką ciekawości i zaskoczenia: część osób od razu wyciąga telefony, inni próbują dostrzec logo na masce. Sporo jest też typowego „mitu ulicy”: „A, to ten nowy SUV Ferrari, pewnie ciężki jak autobus”. Tymczasem fakty pokazują coś innego: masa Purosangue jest co prawda spora, ale rozłożona z chirurgiczną precyzją, a auto prowadzi się zdecydowanie bliżej sportowych GT niż rodzinnych krążowników.

Warte uwagi:  Audi Q8 e-tron – nowy wymiar komfortu i ciszy
Białe luksusowe Ferrari Purosangue jedzie zimą po ośnieżonej szkockiej drodze
Źródło: Pexels | Autor: Mike Bird

Pozycja za kierownicą i pierwsze kilometry – czy to naprawdę Ferrari?

Wejście do środka i pierwsze spojrzenie z fotela kierowcy

Otwierasz drzwi kierowcy i od razu widać, że tu rządzi Ferrari, a nie moda na minimalistyczne, tabletowe wnętrza. Nisko poprowadzona deska, mocno rozbudowany tunel środkowy i wyraźnie zaakcentowane, kubełkowe fotele. Siedzisz wyżej niż w Romie, ale nadal dużo niżej niż w Cayenne czy Range Roverze. Wchodzenie wymaga lekkiego uniesienia się z ziemi, ale nie jest to „wspięcie się na pokład”. Próg jest wyraźnie zarysowany, co daje odczucie wsiadania do sportowego auta.

Po zajęciu miejsca pierwsze, co zwraca uwagę, to poczucie „otulenia” kokpitem. Konsola i boczki drzwi delikatnie zamykają przestrzeń wokół kierowcy, tworząc coś w rodzaju kokonu. Kierownica – mała, gruba, z manettino – jest dokładnie taka jak w innych Ferrari. Dłoń trafia na łopatki zmiany biegów, które są metalowe, chłodne i sztywne – żadnych plastikowych skrótów.

Widok na zewnątrz zaskakuje: maska jest widoczna, ale nie przytłacza. Słupki A są mocno pochylone, przez co nie ma efektu „autobusu z panoramiczną szybą”. Siedzisz wyżej niż w klasycznym sporcie, ale patrzysz na drogę z perspektywy kierowcy GT. To właśnie tu ujawnia się „nie‑SUV‑owy” charakter Purosangue – poczucie bycia częścią samochodu, a nie operatorem wysokiego pojazdu transportowego.

Ergonomia i specyfika kokpitu Ferrari

Ergonomia w Ferrari Purosangue jest typowo ferrariowska: wszystko nastawione na kierowcę, zero kompromisów typu ogromny centralny tablet do wszystkiego. Większość funkcji przeniesiono na kierownicę i dwa ekrany – przed kierowcą i przed pasażerem. Manettino odpowiada za tryby jazdy, osobne pokrętło – za ustawienia zawieszenia. Pod ręką masz także fizyczne sterowanie skrzynią biegów w formie retro‑„bramki” – to mocny, analogowy akcent w cyfrowym świecie.

Fotele przednie mają szeroki zakres regulacji, ale to nie są miękkie fotele z SUV‑a. Trzymanie boczne jest wyraźne, siedzisko stosunkowo twarde, a oparcie wyprofilowane tak, by utrzymać ciało w zakrętach. Przy spokojnej jeździe po mieście czujesz, że siedzisz w „poważnym” fotelu, który nie odda łatwo kontroli nad ciałem. Długie trasy nie męczą, ale to inny typ komfortu niż w wielkich, miękkich kanapach terenówek.

Martwe pola są dobrze ogarnięte przez zestaw kamer i czujników, ale sama widoczność w lusterkach jest poprawna, nie wybitna. Tylny słupek jest masywny, tylna szyba mocno pochylona – to cena za linię coupé. Ferrari nadrabia elektronicznymi pomocnikami. W przeciwieństwie do typowych SUV‑ów nie ma tu poczucia, że widzisz wszystko „z góry” – raczej obserwujesz drogę z perspektywy szybkiego Gran Turismo.

Pierwsze metry – jak Ferrari Purosangue rusza z miejsca

Po uruchomieniu V12 kabina wibruje bardzo delikatnie, ale kultura pracy na biegu jałowym jest wysoka. Przekręcasz manettino w tryb komfortowy, ruszasz z parkingu – i pierwsze zaskoczenie: brak poczucia „masywnej kobyły”. Układ kierowniczy od pierwszych centymetrów jest lekki, ale precyzyjny, reakcja na gaz bardzo płynna, a skrzynia biegów zmienia przełożenia miękko i dyskretnie. W mieście nie czujesz, że pchasz przed sobą dwunastocylindrowe monstrum.

Przy niskich prędkościach masa auta jest odczuwalna głównie przy gwałtownym hamowaniu i w ciasnych manewrach typu parking podziemny. Zawieszenie w trybie komfortowym filtruje poprzeczne nierówności lepiej niż można by się spodziewać po Ferrari, ale jednocześnie nie ma wrażenia „kołysania się łodzi”. Układ aktywnego zawieszenia i systemy kontrolujące przechyły robią wrażenie – karoseria trzyma się zadanej geometrii, a droga nie „wlewa się” w nadwozie.

Dość szybko pojawia się też druga warstwa charakteru: w trybie komfortowym V12 pracuje na bardzo niskich obrotach, a wydech jest przytłumiony do poziomu luksusowej limuzyny. To tu obala się kolejny mit, że „Ferrari musi być głośne zawsze i wszędzie”. Rzeczywistość jest bardziej zniuansowana – tu da się spokojnie rozmawiać z tylnymi pasażerami, a dźwięk silnika w tle przypomina raczej głęboki oddech niż ciągły ryk. Dopiero mocniejsze wciśnięcie gazu budzi napęd w pełni, a skrzynia redukuje z chirurgiczną szybkością, jakby przypominając, że pod nogą wciąż masz pełnoprawne V12.

Na pierwszych kilometrach po mieście najbardziej zaskakuje to, jak naturalnie Purosangue „kurczy się” wokół kierowcy. Szerokość auta przestaje być problemem, bo reakcje na ruch kierownicą są intuicyjne, a promień skrętu nie przypomina vana. Układ kierowniczy nie jest sztucznie przeostrzony – przy niskich prędkościach pomaga, zamiast ciągle domagać się korekt. To nie jest typowe w SUV‑ach, które często udają zwinność nadmiernie agresywnym wspomaganiem.

Wraz z wyjazdem poza miasto zmienia się sceneria, ale wrażenie spójności zostaje. Przy 90–120 km/h Purosangue jedzie stabilnie, bez nerwowości na lekkich koleinach, a jednocześnie reaguje na minimalne ruchy kierownicą. Przełączasz manettino w tryb sportowy, zawieszenie lekko się usztywnia, skrzynia dłużej trzyma bieg – i nagle czujesz, że SUV‑owe skojarzenia definitywnie odpływają. Auto zaczyna zachowywać się jak duże GT z absurdalnym zapasem mocy, a nie jak rodzinny samochód, któremu „dołożono” koni mechanicznych.

Ten pierwszy etap znajomości z Purosangue – od ruszenia z parkingu po pierwszy dynamiczniejszy sprint za miastem – jasno pokazuje, o co chodziło konstruktorom. Z zewnątrz można dyskutować, czy to jeszcze coupe‑crossover, czy już SUV. Za kierownicą ta debata traci sens: sposób, w jaki auto reaguje na polecenia, jak filtruje drogę i jak komunikuje się z kierowcą, jest po prostu ferrariowski. Mit o „rodzinnym ciężarowcu z logo Ferrari” przegrywa tu z praktyką od pierwszych kilometrów.

SUV jadący po piaszczystym bezdrożu, wzbijający tumany kurzu
Źródło: Pexels | Autor: Sanket Mishra

Serce Purosangue – wolnossące V12 i jego charakter

Uruchomienie V12 – dwa oblicza jednego silnika

W Purosangue silnik nie jest tylko źródłem napędu. To centrum całego doświadczenia, punkt, wokół którego zbudowano resztę auta. Wolnossące V12 o pojemności 6,5 litra budzi się łagodnie, ale pod tą kulturą pracy czuć napięcie. Na zimno rozruch jest krótki, bez teatralnego „strzału z wydechu”, który zna się z niektórych supersamochodów – Ferrari celowo ograniczyło ten efekt. Tu bardziej chodzi o ciągłość dźwięku niż jednorazowy fajerwerk.

Mit mówi, że dwunastocylindrowe Ferrari zawsze startuje jak głośnik na pełnej mocy. Rzeczywistość w Purosangue jest inna: zimny rozruch to krótki, lekko podniesiony pomruk, potem obroty szybko spadają i kabina się uspokaja. Czuć, że sterowniki starają się trzymać V12 w ryzach, żeby nie zamęczyć właścicieli i sąsiadów. To bardziej wyrafinowany instrument niż głośna trąbka.

Krzywa mocy – jak pracuje wolnossący silnik w ciężkim aucie

Wolnossące V12 ma swoją specyfikę – nie ma tu turbosprężarek, które „dopompowują” moment od najniższych obrotów. Zamiast tego jest liniowy, rosnący ciąg, który przypomina klasyczne GT, tylko podkręcone do współczesnych standardów. Przy 1500–2000 obr./min Purosangue porusza się spokojnie, z lekkim, elastycznym ciągiem. Wystarczy delikatne wciśnięcie gazu, żeby auto żwawo przyspieszyło, ale prawdziwy charakter zaczyna się wyżej.

Między 3000 a 5000 obr./min auto nabiera powagi: dźwięk wyostrza się, reakcja na gaz staje się natychmiastowa, a przyrost prędkości – zdecydowanie bardziej dynamiczny niż sugerują gabaryty nadwozia. Na otwartej drodze wystarczy jeden kickdown z tej strefy, żeby błyskawicznie znaleźć się na prędkościach, przy których trzeba już patrzeć na znaki, a nie na krajobraz. Każdy kolejny 1000 obr./min nie tyle „dokłada mocy”, co zagęszcza tempo wydarzeń.

Ostatni fragment skali obrotomierza – od około 6500 do czerwonego pola – to klasyczne Ferrari. V12 krzyczy, ale nie traci kultury; wydech nie zamienia się w jazgot, tylko w wysokotonowy śpiew, który niesie się daleko za autem. Tutaj masa Purosangue przestaje mieć znaczenie – subiektywne wrażenie jest takie, jakbyś siedział w mocnym, dużym coupe, a nie w samochodzie z czterema pełnoprawnymi miejscami i bagażnikiem.

Dźwięk V12 – od szeptu do opery

W trybie komfortowym wydech jest wyraźnie przytłumiony. Przy stałych prędkościach obrotowych V12 słychać bardziej jako tło – głęboki, lekko basowy szum, praktycznie pozbawiony rezonansów. To poziom hałasu, przy którym pasażerowie mogą bez wysiłku rozmawiać, a osoba z tyłu może spokojnie dzwonić z zestawu głośnomówiącego. Dopiero mocniejsze wciśnięcie gazu i otwarcie zaworów w wydechu zmienia akustykę w kabinie.

Przełączenie na tryb sportowy lub bardziej agresywny jazdy to jak zmiana ścieżki dźwiękowej. V12 wyraźniej wchodzi do kabiny, a każde odjęcie gazu wiąże się z lekkim pomrukiem z wydechu. Ferrari nie poszło w przesadne strzały i strzelanie w wydech – brzmienie jest czyste, mechaniczne, mocno związane z obrotami. Wraz ze wzrostem prędkości dźwięk przesuwa się z basów w wyższe tony, bardziej przypominające klasyczne dwunastki z Maranello niż współczesne turbomotory.

Mit mówi, że duże, mocne SUV‑y muszą „krzyczeć” cały czas, żeby uzasadnić swoją cenę i osiągi. Tutaj jest odwrotnie: większość czasu Purosangue porusza się jak dobrze wychowane GT, zostawiając pełną operę na sytuacje, w których kierowca naprawdę tego chce. To świadoma decyzja: łatwiej żyć z takim autem na co dzień, jeśli potrafi być grzeczne, gdy nie ma potrzeby demonstrowania wszystkiego, co ma pod maską.

Skrzynia biegów i napęd – jak V12 współpracuje z resztą układu

Dwusprzęgłowa skrzynia jest centralnym elementem wrażenia „lekkości”. W trybie automatycznym zmienia biegi szybko, ale płynnie; nie szarpie, nie przedłuża przełożeń na siłę. W mieście często „skacze” na wyższe biegi, żeby utrzymać obroty nisko – tu priorytetem jest spokój i kultura, nie ciągłe trzymanie silnika w strefie mocy. Dopiero mocniejsze wciśnięcie gazu prowokuje ją do kilku natychmiastowych redukcji.

W trybie manualnym łopatki przejmują pełną kontrolę; reakcja na pociągnięcie jest praktycznie natychmiastowa, zarówno przy zmianach w górę, jak i w dół. Nie ma zawahania typowego dla niektórych klasycznych automatów, które w mocnych SUV‑ach potrafią rozleniwiać całe auto. W Purosangue sterowanie biegami przypomina ducha aut torowych: wciskasz gaz, redukujesz dwa przełożenia i natychmiast masz pełen ciąg V12 pod prawą stopą.

Warte uwagi:  Porsche 911 Dakar – test luksusowego auta do wszystkiego

Napęd na cztery koła jest dołączany inteligentnie, z naciskiem na oś tylną. Przy spokojnej jeździe większość pracy wykonuje tył, co daje bardziej naturalne, „sportowe” odczucie. Przednia oś wkracza tam, gdzie trzeba utrzymać trakcję – przy mocnym przyspieszeniu na wyjściu z zakrętu lub na śliskiej nawierzchni. Nie ma klasycznego poczucia „ciągnięcia za nos”, które cechuje część SUV‑ów z dominującym napędem na przód.

Prowadzenie na drodze – czy Purosangue potrafi oszukać fizykę?

Zakłamanie gabarytów – pierwsze szybkie łuki

Pierwsze szybkie zakręty to moment, w którym mózg musi skorygować swoje oczekiwania. Patrzysz w lusterko wewnętrzne i widzisz spory tył auta, czujesz też, że siedzisz wyżej niż w klasycznym sporcie. Instynkt podpowiada, że przy mocniejszym wejściu w łuk nadwozie zacznie się wyraźnie przechylać, a przód wyjedzie na zewnątrz. Tymczasem Purosangue zachowuje się jak mocne GT, w którym środek ciężkości magicznie obniżono o kilka centymetrów.

Aktywne zawieszenie i system kontroli przechyłów robią olbrzymią różnicę. Przy dynamicznej jeździe boczne wychylenia są minimalne, a karoseria jakby „zawisa” poziomo nad drogą. Czujesz siły działające na ciało, ale nie obserwujesz typowego dla SUV‑ów kołysania. Efekt jest nienaturalny – w dobrym tego słowa znaczeniu. To trochę tak, jakby ktoś wziął duże nadwozie i podwiesił je na torowym podwoziu, dbając, żeby jednocześnie nie zabić komfortu.

W szybszych łukach Purosangue wyraźnie preferuje neutralność. Auto nie wpada ani w oczywistą podsterowność (nos wychodzący szeroko), ani w nerwową nadsterowność. W standardowych ustawieniach samochód najpierw „zamyka” zakręt delikatnym dociśnięciem, a dopiero potem, przy mocnym dodaniu gazu, lekko rozluźnia tył. To daje kierowcy poczucie, że najpierw auto buduje stabilność, a dopiero później oferuje zabawę.

Układ kierowniczy – komunikacja z przodem auta

Przekładnia kierownicza jest szybka, ale nie histeryczna. Przy niewielkich ruchach kierownicą Purosangue reaguje chętnie, bez opóźnień; nie ma tu wrażenia tłustego, ciężkiego SUV‑a, którego trzeba „przekonywać” do zmiany kierunku. Przód auta chętnie nurkuje w zakręt, a ty czujesz, że przednie koła trzymają linię z zaskakującą dokładnością.

Informacja z kół nie jest tak bogata jak w czysto torowym Ferrari, ale jak na samochód tej klasy i masy komunikacja jest bardzo czytelna. Kierownica przekazuje delikatne zmiany przyczepności, nie zamieniając się w filtr odcinający wszystko, co dzieje się między oponą a asfaltem. To ważne szczególnie na nierównych drogach – wiesz, kiedy asfalt jest gorszy, kiedy pojawia się śliska farba na jezdni albo drobny żwir.

Mit głosi, że w dużym aucie z wysokim nadwoziem precyzja kierownicy musi być rozmyta, żeby nie stresować kierowcy. Tutaj dzieje się odwrotnie: Ferrari stawia na jasną, przewidywalną komunikację, ale łączy ją z rozsądnym wspomaganiem, co pozwala prowadzić Purosangue pewną ręką nawet po kilku minutach przesiadki z „normalnego” samochodu.

Tryby jazdy – jak elektronika zmienia charakter Purosangue

Manettino na kierownicy nie jest tu gadżetem – realnie zmienia sposób, w jaki auto reaguje na polecenia. W trybie komfortowym zawieszenie pracuje miękko, skrzynia dąży do niższych obrotów, a reakcja na gaz jest wygładzona. To ustawienie na codzienne dojazdy, korki, podróże z rodziną. Purosangue wówczas nie „szarpie się” przy każdym lekkim muśnięciu pedału, a adaptacyjne systemy tłumienia nierówności starają się odizolować kabinę od gorszej nawierzchni.

Przełączenie na tryb sportowy napina wszystko wyraźnie, ale bez przesady. Gaz staje się czulszy, skrzynia chętniej redukuje, zawieszenie szybciej reaguje na ruchy nadwozia. To w tym ustawieniu Purosangue najbardziej przypomina potężne GT, które nie boi się górskich serpentyn ani szybkich łuków autostradowych. Auto wchodzi w zakręty z większą pewnością, a elektroniczne systemy stabilizacji pozwalają na lekkie, kontrolowane uślizgi tylnej osi przy wyjściu z zakrętu, zanim interweniują.

Najostrzejsze tryby jazdy aktywują pełnię możliwości napędu i elektroniki. Wspomaganie kierownicy lekko twardnieje, reakcja na gaz staje się niemal natychmiastowa, a zawieszenie przechodzi w ustawienie, które bardziej pasowałoby do auta torowego niż rodzinnego. Purosangue nadal nie staje się nerwowe, ale marginesy bezpieczeństwa przesuwają się zdecydowanie wyżej. To przestrzeń dla kierowców, którzy naprawdę wiedzą, czego chcą od takiego samochodu.

Hamowanie – zatrzymać dwunastocylindrowe GT na szczudłach

Hamulce Purosangue mają trudne zadanie: muszą zapanować nad dużą masą, wysokimi prędkościami i powtarzalnym obciążeniem. Pierwsze wciśnięcie pedału hamulca zaskakuje twardością i precyzją – skok pedału jest stosunkowo krótki, a odpowiedź natychmiastowa. Nie ma tu typowego dla dużych SUV‑ów „gąbczastego” pierwszego wrażenia, po którym następuje nagłe, gwałtowne hamowanie.

Przy mocniejszym wytracaniu prędkości czuć, że Ferrari zastosowało ogromne, wydajne zestawy hamulcowe. Auto pozostaje stabilne, nie nurkuje przesadnie przodem, a zawieszenie nie pozwala nadwoziu zrobić „ukłonu”. Po kilku powtórzeniach z wyższych prędkości skuteczność pozostaje bardzo wysoka, co sugeruje, że układ jest przygotowany na jazdę znacznie powyżej tempa, które większość kierowców wybierze na drogach publicznych.

W mieście hamulce wymagają lekkiego przyzwyczajenia – przy minimalnych prędkościach i delikatnym wciskaniu pedału łatwo o zbyt dynamiczne zatrzymanie, jeśli wcześniej przesiadłeś się z typowego, miękko zestrojonego SUV‑a. Po kilkunastu kilometrach noga adaptuje się do bardziej liniowej, sportowej charakterystyki i całość zaczyna działać bardzo naturalnie.

Stabilność przy wysokich prędkościach – autostradowe oblicze Purosangue

Na drogach szybkiego ruchu Purosangue ma jeszcze jedno oblicze: ogromnego, bardzo stabilnego krążownika. Przy prędkościach autostradowych auto „zamyka się” aerodynamicznie – szumy opływu powietrza są zadziwiająco dobrze wytłumione, a nadwozie pozostaje spokojne, bez nerwowego dryfowania. Szeroki rozstaw kół i starannie dopracowana aerodynamika robią tu swoje.

Zmiana pasa ruchu przy wysokich prędkościach nie wymaga dużych poprawek. Jeden, pewny ruch kierownicą, niewielka korekta i samochód płynnie wraca do stabilnego toru jazdy. Brak nadmiernych przechyłów, brak „pompowania” nadwozia po szybkim manewrze – dokładnie to odróżnia Purosangue od wielu SUV‑ów, które w takich sytuacjach czują się o tonę większe i o rozmiar wyższe, niż są w rzeczywistości.

Mit głosi, że auto o takich rozmiarach zawsze będzie przypominało „latający salon” na autostradzie, zwłaszcza przy mocniejszych podmuchach wiatru. Tymczasem Purosangue reaguje na wiatr boczny zaskakująco spokojnie – lekkie korekty wystarczają, żeby utrzymać idealny tor. To skutek niskiego – jak na tę klasę – środka ciężkości i dobrze zaprojektowanej karoserii, która nie działa jak żagiel.

Zwinność na górskich drogach – tam, gdzie SUV‑y zwykle się gubią

Kręta, górska droga to naturalne sito dla dużych, mocnych aut. W klasycznym SUV‑ie po kilku szybszych zakrętach czujesz zmęczenie: korekty kierownicą, walka z przechyłami, hamulce, które przestają być tak pewne jak na początku. Purosangue zachowuje się inaczej. Dzięki skrętnej tylnej osi samochód skraca się „w locie” – tył aktywnie pomaga w zmianach kierunku, co redukuje wysiłek przy ciasnych nawrotach.

Na ciasnych agrafkach Purosangue nie sprawia wrażenia auta, które musi „przeczekiwać” przechył, zanim ustabilizuje się w nowym kierunku. Wejście, krótki transfer masy, natychmiastowe dociśnięcie z zewnątrz i wyjście z zakrętu – schemat bliższy dużemu coupe niż wysokiemu samochodowi o rodzinnym wnętrzu. Mit, że taki gabaryt musi być z natury ociężały w sekwencji szybkich zakrętów, tutaj dość brutalnie zderza się z rzeczywistością dobrze zestrojonej elektroniki i mechaniki.

Przy naprawdę ambitnym tempie fizyki nie da się oszukać – masa przypomina o sobie przy ostrym hamowaniu „w poprzek” nierówności albo na szybkim, pofalowanym łuku. Różnica polega na tym, że Purosangue nie reaguje w panice. Zawieszenie nie dobija, nadwozie nie „pływa”, a układ napędowy i systemy stabilizacji pracują jak dyskretny bufor błędów kierowcy. Tam, gdzie typowy SUV zaczyna się rozsypywać w spójnym zachowaniu, Ferrari wciąż trzyma linię i daje wyraźny sygnał, ile jeszcze zostało zapasu.

Największe wrażenie robi to, jak szybko kierowca jest w stanie zaufać temu samochodowi. Kilka szybszych przejazdów tą samą serią zakrętów i zaczynasz korzystać z pełnej szerokości jezdni, hamować później, odkręcać gaz wcześniej. Nie dlatego, że auto maskuje prędkość – przeciwnie, tempo czuć wyraźnie – tylko dlatego, że reakcje są spójne i powtarzalne. Rzeczywistość jest taka, że Purosangue nagradza czyste, płynne prowadzenie w dużo większym stopniu niż brutalne traktowanie pedału gazu.

Jeśli szukać punktu odniesienia, Purosangue zachowuje się na górskich drogach bardziej jak bardzo szybkie GT ze zwiększonym prześwitem niż jak modny, ciężki SUV premium. Ferrari nie skasowało praw fizyki, ale bardzo skutecznie ograniczyło ich najbardziej dokuczliwe skutki. To samochód, który potrafi zabrać cztery osoby w pełnym komforcie, a potem, kilka kilometrów dalej, autentycznie wciągnąć kierowcę w jazdę – bez taryfy ulgowej tylko dlatego, że siedzi wyżej niż w klasycznym coupé.

Po dniu spędzonym za kierownicą zostaje dość proste wrażenie: Purosangue nie próbuje udawać niskiego, dwumiejscowego Ferrari, tylko pokazuje, jak daleko można przesunąć definicję szybkiego, praktycznego auta. To wciąż pełnoprawne Ferrari w sposobie, w jaki reaguje na gaz, komunikuje się z kierowcą i znosi tempo, ale zamknięte w nadwoziu, które równie dobrze odnajdzie się pod domem jednorodzinnym, jak pod hotelem przy torze. Jeśli więc gdzieś jest granica między SUV‑em a rasowym GT, Purosangue staje dokładnie na niej – i robi wszystko, żebyś zapomniał, po której stronie zaczyna się „terenówka”.

Codzienność z Purosangue – jazda spokojna, niekoniecznie powolna

Przesadą byłoby twierdzić, że Purosangue zamienia się w zwykłe auto, gdy tylko odpuścisz gaz. Przestaje być jednak „wydarzeniem” przy każdym skręcie kluczyka. W normalnym ruchu miejskim wolnossące V12 pracuje na tak niskich obrotach, że potrafi zniknąć w tle, a skrzynia biegów wręcz ucieka do wyższych przełożeń. Mit, że każde Ferrari „prosi się” o jazdę blisko odcinki, tutaj się nie sprawdza – ten napęd ma wystarczająco dużo momentu, żeby poruszać się zupełnie leniwie, bez szarpania i nerwowości.

Warte uwagi:  Genesis G70 Shooting Brake – test stylu i praktyczności

Doświadczenie za kierownicą przy 50–70 km/h jest bliższe bardzo dopracowanemu liftbackowi klasy premium niż hiperautu na szczudłach. Układ kierowniczy nie „wisi” sztucznie w rękach, ale też nie wymaga ciągłych korekt. Jedziesz bulwarem, światła co sto metrów, piesi, hulajnogi – Purosangue nie wymusza na tobie ciągłej czujności jak niektóre sportowe modele, które w takich warunkach czują się jak dzikie zwierzęta zamknięte w klatce.

Z drugiej strony, każdy wyjazd z podporządkowanej uliczki, każde krótkie przyspieszenie między światłami przypomina, ile potencjału drzemie pod prawą stopą. Wystarczy minimalnie mocniej wcisnąć gaz, żeby auto w ułamku sekundy przecięło lukę w ruchu. I tu wychodzi charakter Ferrrari: reakcja nie jest brutalna, ale absolutnie nie ma „gumowej” zwłoki w przekazywaniu polecenia na asfalt.

Wnętrze – między cockpitem a salonem

Wejście do kabiny Purosangue to ciekawy zgrzyt pomiędzy oczekiwaniami wobec SUV‑a a rzeczywistością Ferrari. Siedzi się wyżej niż w klasycznych modelach marki, ale nadal niżej niż w większości dużych aut rodzinnych. Kokpit otula kierowcę, jakby ktoś wziął deskę rozdzielczą z dwumiejscowego Ferrari i rozciągnął ją tak, by zmieścić drugi rząd foteli oraz porządny bagażnik.

Deska rozdzielcza jest mocno zorientowana na kierowcę, ale pasażer nie został potraktowany po macoszemu. Ma własny ekran, z którego może podglądać prędkość, tryby jazdy czy parametry silnika – coś w rodzaju legalnej „podglądaczki” tego, co dzieje się przed maską. To rozwiązuje stary konflikt w sportowych autach: mit, że pasażer zawsze musi być bezradnym biernym obserwatorem, tutaj wyraźnie pęka.

Materiały są na poziomie, którego oczekujesz po marce z tego segmentu: skóra o wyczuwalnej fakturze, metalowe detale, tkaniny i karbon nie wyglądają jak tani dekor, tylko jak faktyczne, funkcjonalne elementy. Różnica w stosunku do wielu „luksusowych” SUV‑ów polega na tym, że tu praktycznie nie spotkasz udawanego metalu czy imitacji szwów. Jeśli coś wygląda na frezowane aluminium, to nim jest.

Przednie fotele łączą mocne trzymanie boczne z regulacjami, których nie powstydziłby się topowy fotel biurowy. Szeroki zakres regulacji długości siedziska, podparcia lędźwiowego, boczków – to nie jest kompromisowy fotel, w którym wybrano „albo sport, albo komfort”. W długiej trasie siedzisko faktycznie odciąża uda, a w zakrętach boczki trzymają ciało, zanim zrobi to pas bezpieczeństwa.

Drugi rząd i praktyczność – ile „rodzinności” w Ferrari

Tylne drzwi otwierane „pod wiatr” wyglądają efektownie, ale przede wszystkim ułatwiają wsiadanie. To nie jest typowe dla segmentu rozwiązywanie problemu, którego nie było – tutaj większy kąt wejścia naprawdę pomaga, zwłaszcza na ciasnych parkingach. Mit, że efektowne drzwi zawsze oznaczają gorszą ergonomię, tym razem się nie potwierdza.

Z tyłu są dwa osobne fotele, nie klasyczna kanapa. Każde miejsce ma własny zakres regulacji, więc pasażerowie mogą dopasować pozycję do siebie zamiast szukać kompromisu. Na nogi i nad głową jest więcej przestrzeni, niż sugeruje sylwetka auta, ale nie ma tu poczucia „busowatości”. Przypomina to raczej bardzo szybki, czteroosobowy gran turismo, który przypadkiem stoi wyżej od ziemi.

Bagażnik nie jest gigantyczną jaskinią jak w typowym SUV‑ie z katalogu flotowego, ale spokojnie pomieści bagaże czterech osób na wakacyjny wyjazd. Próg załadunku jest relatywnie niski, a kształt przestrzeni – regularny. To miejsce na walizki, torby sportowe i dziecięce akcesoria, nie na lodówkę i dwumetrową szafę. W praktyce: sprzęt narciarski, wózek, dwie większe walizki – nie ma problemu, o ile nie próbujesz spakować pół garażu.

Systemy asystujące – elektronika w służbie szybkiego, ale spokojnego kierowcy

Mit, że Ferrari i systemy asystujące do siebie nie pasują, mocno odstaje od rzeczywistości w Purosangue. Auto ma pełny zestaw wsparcia kierowcy: adaptacyjny tempomat, utrzymanie pasa ruchu, monitorowanie martwego pola, kamery dookoła nadwozia. Różnica polega na tym, jak te systemy są skalibrowane.

Adaptacyjny tempomat nie reaguje histerycznie na każdą zmianę odstępu. Przy wyższych prędkościach przyspiesza i hamuje płynnie, tak jak zrobiłby to doświadczony kierowca, a nie początkujący, który boi się zostawić przed sobą choćby metr wolnej przestrzeni. Układ utrzymania pasa nie szarpie kierownicą, tylko delikatnie „przycina” tor jazdy, gdy zbliżasz się do linii.

Największy zysk z tej elektroniki pojawia się w długich trasach. Po kilkuset kilometrach autostradą z pomocą asystentów nie czujesz tej charakterystycznej „mgły” zmęczenia, która pojawia się, gdy przez trzy godziny walczysz z nerwowym autem. Tutaj systemy odciążają cię z powtarzalnych zadań, ale nie odbierają kontroli – jeśli chcesz prowadzić „po swojemu”, reagują dopiero wtedy, gdy realnie zbliżasz się do granic zdrowego rozsądku.

Akustyka i komfort – jak brzmi i jak „milczy” V12

Dźwięk V12 to jedna z głównych atrakcji Purosangue, ale nie jest obecny cały czas z pełną mocą. Przy spokojnej jeździe dominantą są szumy toczenia i delikatny gwizd opływającego powietrza, a nie koncert dolotu i wydechu. Szyby o zwiększonej grubości i solidne wygłuszenie nadkoli skutecznie neutralizują hałas z zewnątrz. Możesz prowadzić przy autostradowym tempie i rozmawiać normalnym głosem z osobą siedzącą z tyłu, bez wrażenia, że siedzicie w helikopterze.

Kiedy jednak przełączasz tryb jazdy w bardziej agresywne ustawienia i otwierasz przepustnice, charakter auta zmienia się dramatycznie. Ten sam silnik, który jeszcze przed chwilą tylko mruczał w tle, zaczyna budować czyste, mechaniczne crescendo. Im wyżej na obrotomierzu, tym bardziej dźwięk przechodzi z niskiego pomruku w wyraźny, metaliczny śpiew. Nie ma tu turbosprężarek, które „wygładzają” brzmienie – wszystko, co słyszysz, to czysta praca dwunastu cylindrów i precyzyjne strojenie wydechu.

Mit, że duży, wysoki samochód nie może zapewnić prawdziwie emocjonującego dźwięku, zostaje tu szybko obalony. Różnica polega na tym, że Ferrari pozwala ci decydować, kiedy chcesz słuchać pełnego koncertu, a kiedy potrzebujesz tylko cichego tła. Na długiej autostradzie wybierasz spokój, przy wjeździe w górską drogę – pełnię orkiestry.

Technika w tle – jak zawieszenie „czyta” drogę

Purosangue korzysta z jednych z najbardziej zaawansowanych systemów zawieszenia w seryjnym samochodzie. Zamiast klasycznych aktywnych stabilizatorów masz tu niezależnie sterowane amortyzatory z funkcją aktywnego przechyłu nadwozia. W uproszczeniu: elektronika i hydraulika robią to, co kiedyś próbowały robić ciężkie, sztywne drążki – tylko szybciej i dokładniej.

Podczas jazdy po nierównej drodze nadwozie pozostaje zaskakująco spokojne. Koła pracują intensywnie, „czytając” każdą łatę asfaltu, ale ruch kabiny jest ograniczony. System w czasie rzeczywistym analizuje przyspieszenia pionowe, boczne i wzdłużne oraz dostosowuje siłę tłumienia dla każdego koła osobno. Dzięki temu auto może jednocześnie tłumić poprzeczne przechyły w zakrętach i miękko reagować na pojedyncze nierówności.

Mit głosi, że jeśli zawieszenie ma być dobre w zakrętach, musi być twarde na co dzień. Purosangue pokazuje, że da się to rozdzielić. W trybie komfortowym czujesz oczywiście, że jedziesz na dużych kołach z niskim profilem opony – cudów nie ma – ale auto nie wybija plomb na progach zwalniających czy poprzecznych uskokach. W trybach ostrzejszych priorytetem staje się kontrola nadwozia, a nie filtrowanie wszystkiego jak w limuzynie, ale nawet wtedy nie przekracza to granicy akceptowalnej sztywności.

Napęd i trakcja – co robią cztery koła, kiedy V12 ma dobry dzień

Stały napęd na cztery koła w Ferrari brzmi jak herezja dla purystów, ale bez niego Purosangue byłoby w codziennym użytkowaniu znacznie trudniejszym partnerem. Układ napędowy faworyzuje tylną oś, co czuć przy wyjściach z zakrętów: samochód delikatnie „siada” na tył, a przód zajmuje się głównie kierowaniem. Przednia oś dostaje więcej momentu wtedy, gdy zaczyna robić się naprawdę poważnie – przy mocniejszym przyspieszaniu na średnich biegach, na śliskiej nawierzchni czy podczas dynamicznego startu.

W praktyce pozwala to korzystać z potencjału V12 w warunkach, w których klasyczne, tylnonapędowe auto tej mocy musiałoby polegać na wyjątkowo subtelnej pracy prawej stopy kierowcy. Tu elektronika i mechanika robią za twoje „dodatkowe ręce”: ograniczają uślizg kół, przerzucają moment tam, gdzie jest przyczepność, a jednocześnie nie zabijają całkowicie wrażeń z napędu. Przy lekkim uślizgu czujesz, co się dzieje, zanim systemy zduszą zabawę.

W deszczu, na zimnych oponach czy na gorszym asfalcie różnica jest kolosalna. Zamiast ciągłego balansowania na granicy trakcji i nerwowego szukania przyczepności, dostajesz bardzo szybkie, ale przewidywalne auto. Właśnie tu mit o „nieokiełznanym” Ferrari, którym da się jeździć tylko w idealnych warunkach, zderza się z rzeczywistością – Purosangue jest szybkie zawsze, ale stara się być przy tym możliwie transparentne w zachowaniu.

Zużycie paliwa i „ekologia” po ferrarowemu

Nie ma sensu udawać, że Purosangue jest ekologicznie neutralne – ogromne, wolnossące V12 i wysoka masa nie są przepisem na oszczędność. Jednocześnie mit, że taki samochód pali „dwa razy więcej niż wszystko inne”, też nie wytrzymuje konfrontacji z codziennością. Przy spokojnej jeździe autostradowej zużycie paliwa nie odbiega drastycznie od innych dużych aut z potężnym silnikiem benzynowym, a w mieście to styl jazdy kierowcy jest ważniejszy niż sama pojemność.

Ferrari nie próbuje tu grać w pozory z mikroskopijnymi, wymuszonymi hybrydami tylko po to, żeby zadowolić tabelki. Zamiast tego postawiło na dopracowanie istniejącej konstrukcji: precyzyjny wtrysk, sprawne zarządzanie temperaturą, ograniczenie strat mechanicznych. To nie sprawi, że Purosangue stanie się „zielonym bohaterem”, ale pozwala mu funkcjonować w ramach realnego świata, a nie tylko w roli kolekcjonerskiej zabawki.

Dla kogoś, kto rozważa zakup takiego auta, kluczowe jest co innego: stabilność osiągów. Nawet po dłuższej, intensywnej jeździe, gdy temperatura oleju i płynu chłodzącego trzymają się wysoko, nie ma wrażenia, że auto „mięknie” czy ogranicza moc z powodu przegrzewania. To jest ta cicha strona inżynierii, której nie widać na zdjęciach prasowych, a która odróżnia rasowe GT od efektownej „wydmuszki”.

Charakter kierowcy, którego Purosangue nagradza

Łatwo założyć, że odbiorcą Purosangue jest ktoś, kto po prostu „chce mieć Ferrari, ale z miejscem dla rodziny”. Rzeczywistość jest subtelniejsza. Ten samochód premiuje kierowców, którzy lubią czytać drogę, a nie tylko odhaczác kolejne zakręty. Jeśli wiesz, kiedy odpuścić, żeby przyspieszyć chwilę później, jeśli potrafisz płynnie hamować z wyczuciem, a nie tylko „wgryzać” się w pedał – Purosangue odpłaca się stabilnością i lekkością, która zupełnie nie pasuje do jego gabarytów.

Jeśli natomiast twoje podejście do jazdy sprowadza się do binarnego „gaz – hamulec”, też pojedziesz szybko, ale częściej trafisz na granice fizyki i częściej będziesz mieć wrażenie, że auto „walczy” z masą zamiast ją wykorzystywać. To nie jest samochód, który nagradza brutalność. Nagradza precyzję. W tym sensie bardziej przypomina klasyczne, analogowe Ferrari niż cyfrowe, efekciarskie potwory na rekordy z torów wyścigowych.

Mit, że każdy SUV z mocnym silnikiem jeździ podobnie i różni się głównie logo na masce, po spotkaniu z Purosangue wygląda na wyjątkowo leniwe uproszczenie. Podejście Ferrari jest inne: zamiast maskować masę i wysokość poprzez sztuczne odcięcie kierowcy od informacji, Włosi ją oswajają. Masz czuć, co się dzieje, ale jednocześnie mieć narzędzia, by tę masę wykorzystać po swojej stronie. To podejście rzadko spotykane w świecie aut, które na co dzień częściej stoją przed luksusowym butikem niż na serpentynach w górach.

Poprzedni artykułFerrari 812 Competizione – ostatni wolnossący potwór z Maranello
Następny artykułDlaczego warto dokumentować historię serwisową auta
Publikacje Czytelników

Publikacje Czytelników – profil, pod którym na dskrakow.pl ukazują się artykuły, testy i opinie nadesłane przez naszych odbiorców. To miejsce na głos kierowców na co dzień jeżdżących autami klasy premium i tymi, którzy dopiero planują zakup. Publikujemy sprawdzone, moderowane treści, dzięki którym można poznać realne doświadczenia z konkretnymi modelami, flotami firmowymi czy serwisami. Dział „Publikacje Czytelników” uzupełnia recenzje ekspertów o praktyczne historie z życia, budując szerszy, wiarygodny obraz rynku motoryzacji premium.